Kto wie, czy wówczas nie uratował Constant i Aleksandra, wiadomo bowiem, że pani Walewska właśnie w owym czasie poczęła nosić go pod sercem. Pobyt w Schónbrunnie obfitował zresztą w incydenty dużo poważniejsze niż wywrócenie się kolaski. Wiadomo, że nagabywano Marię ze wszech stron o protekcję u cesarza, a i niejedną intrygę polityczną ukuto w jej podwiedeńskim salonie. Ale i mieli tu kochankowie czasu nieco na kontemplowanie schónbrunskich uroków. I na przejażdżki karetą w prześliczne, lesiste okolice. Podobno Maria była wówczas „w siódmym niebie” i pragnęła te spacery przeciągać jak najdłużej. Napoleon reflektował ją:— Wracajmy. Czekają na mnie.
— Niech poczekają jeszcze!
— Mario! Jeśli natychmiast nie każesz wracać, wyskoczę!
— Jesteś na to zbyt ciężki.
Kiedyś dotarli do Dunaju, gdzie oglądali statki, naładowane wschodnimi towarami. Marię zachwycały także naddunajskie legendy.
Nadszedł 12 października. Walewska miała nazajutrz odjechać. Oglądała i ona ostatnią wielką paradę wojskową na schonbrunskim dziedzińcu, przyjmowaną przez cesarza, kiedy to usłyszano głos wykrzykujący donośnie: „Puśćcie mnie! Puśćcie mnie! Muszę oddać petycję cesarzowi! To ogromnie ważne!” Był to głos Stapsa, młodego zamachowca, który w rulonie petycji ukrywał sztylet. Miał nim Napoleona ugodzić w serce.
Spacery po schonbrunskim parku wzbogaciły wspomnienia pani Walewskiej o niezwykle interesującą rozmowę z Napoleonem, cytowaną przez historyków jako wypowiedź autentyczną i chyba słusznie, gdyż cała treść znajduje potwierdzenie w historii.
I tak, nie widziani przez nikogo, pośród tuj i lip (jedyny to chyba melodramatyczno-sentymentalny pejzaż w miłosnej karierze Napoleona), niedaleko statui Neptuna, gdy oparta mocno ramieniem o jego ramię słuchała, co mówił, powiedział nagle:
— Ludzie lękają się i nienawidzą Rewolucji Francuskiej; dziś lękają się i nienawidzą mnie. Jestem dla nich wcieleniem Rewolucji. Olbrzymi wstrząs zachwiał tronami i rzucił zarazem wielką trwogę na poddanych. Kiedyż więc ludy wrócą do rozumu? Dłu- goż jeszcze trzeba będzie używać siły, by prowadzić je ku szczęściu i wolności! No więc cóż, wyszedłem z Rewolucji. Jej zasady to podłoże moich zasad. Z nich zrodziło się nowe francuskie społeczeństwo, sprawiedliwsze, karniejsze, bardziej harmonijne niż dawne. Mogłyby te zasady wywrzeć dobroczynny wpływ i na inne jeszcze narody. Kiedy jednak, jak w Polsce, korzystam z nich w organizowaniu państwa, mówią, że czynię to po to, by pewniej nad nim panować.